Siostry Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo Strona Główna Siostry Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo
Tutaj możesz poszukiwać odpowiedzi na pytania związane ze Zgromadzeniem i Rodziną Wincentyńską, a także przedstawić swoje świadectwo lub podzielić się doświadczeniem wiary...



ca
skrzynka pytań
Autor Wiadomość
Michał 


Dołączył: 28 Lipca 2010
Skąd: Łódź
Wysłany: 2010-07-28, 15:03   FORUM ZE ŚWIĘTĄ LUDWIKĄ

Jak to dobrze, że są wakacje. W tym roku pojechaliśmy samochodem z rodzicami i moją młodszą siostrą, na tydzień do Paryża. Oczywiście byliśmy w na wieży Eiffla, w Luwrze, na Polach Elizejskich i nad Sekwaną. Odwiedziliśmy też wiele kościołów, jednym z najpiękniejszych jest katedra Notre Dame, ale jest jakoś dziwnie opustoszała, najłatwiej jest tam spotkać zwiedzające wycieczki z różnych stron świata. Inaczej jest natomiast w niewielkiej kaplicy sióstr miłosierdzia przy ulicy du Bac 140, tam jest dużo ludzi, którzy gorąco się modlą. Gdy tam szliśmy wiedziałem już, iż w tej kaplicy objawiła się Matka Boża św. Katarzynie Laboure i prosiła o wybicie Cudownego Medalika. Dotknąłem fotela, na którym siedziała Maryja i obejrzałem zachowane ciało tej świętej Siostry. Po drugiej stronie ołtarza również leżało ciało jakiejś siostry, ale nie wiedziałem kto to jest? Opowiedziała nam o niej siostra z Polski, która tu pracuje i dała nam jeszcze książkę o niej w naszym języku „Święta Ludwika de Marillac. Autoportret”. Okazało się, że to współzałożycielka zgromadzenia sióstr miłosierdzia, ale żebyście wiedzieli, jakie ona miała trudne życie, aż dziwne, że została świętą… Pierwszym jej wielkim problemem był fakt, że urodziła się ze związku pozamałżeńskiego. Jak myślicie, czy dziś byłby to również kłopot utrudniający jej całe dalsze życie…?
Pozdrawiam.
 
 
Dominika 

Skąd: Janówka
Dołączyła: 30 Lipca 2010
Wysłany: 2010-07-30, 11:42   

Obecnie mnóstwo dzieci rodzi się poza małżeństwem i nikt nie robi z tego powodu problemu. A poza tym, jaka jest w tym wina dziecka, przecież ono się samo na świat nie prosiło… Uczyłam się jednak na historii, że w tamtych czasach było zupełnie inaczej. Jeżeli dziecko urodziło się z nieznanego ojca, a matka je opuściła, nazywano je „znajdą” i spychano na margines społeczeństwa. Natomiast, gdy matka była nieznana, a ojciec się nim zajął, nazywano je „potomkiem ojca” i traktowano dużo lepiej. Strasznie to dla mnie dziwne!
 
 
Anka 

Dołączyła: 1 Sierpnia 2010
Skąd: Łańcut
Wysłany: 2010-08-01, 14:09   

Jeżeli to, co napisała Dominika jest prawdą, to myślę, że nawet gdyby ojciec przyznał się do małej Ludwiki, to i tak trudno byłoby mu samemu wychować dziewczynkę. Do dziś tak jest, że gdy mężczyzna zostanie sam z dziećmi, to szuka sobie kolejnej żony, aby pomogła mu je wychować.
 
 
Michał 



Dołączył: 28 Lipca 2010
Skąd: Łódź
  Wysłany: 2010-08-01, 14:09   


Właśnie tak to było. Ludwik de Marillac większość życia spędził w armii, jako zawodowy żołnierz. Jego pierwsza żona zmarła w 1588r. nie zostawiając dzieci, 12 sierpnia 1591r. urodziła mu się córka Ludwika, jej matką była prawdopodobnie dziewczyna pracująca w pałacu. Natomiast 12 stycznia 1595r. zawarł drugie małżeństwo z wdową, która miała już czwórkę swoich dzieci, a po dwóch latach urodziła im się jeszcze ich wspólna córka Innocenta. Co wtedy mogło się stać z „niewygodną” Ludwiką? Doczytałem się w książce, że ojciec oddał swą jeszcze małą córkę na wychowanie do królewskiego klasztoru dominikanek w Poissy. Przebywała tam jej ciotka, która być może bardziej się nią zajęła. Tam uczyła się łaciny, filozofii i teologii, ale nade wszystko wzrastała w zdrowej pobożności. Niestety, gdy zmarł jej ojciec, Ludwikę, która miała dopiero 13 lat przeniesiono do pensjonatu „ ubogiej Pani”, gdzie miała się uczyć prowadzenia gospodarstwa domowego, ale głównym powodem był fakt, że dalsza rodzina nie chciała opłacać pobytu w prestiżowej szkole klasztornej. Ale mnie najbardziej interesuje , co czuła i myślała ta młoda dziewczyna, wychowana bez ojca i matki, pozbawiona bezpieczeństwa środowiska rodzinnego, odpychana przez dalszą rodzinę i wyśmiewana przez społeczeństwo?
 
 
Ludwika de Marillac 


Dołączyła: 30 Lipca 2010
Skąd: Niebo
Wysłany: 2010-08-01, 14:09   

Najbardziej brakowało mi mamy. Ojciec zajmował się mną, jak mógł. I tak często wyjeżdżał z wojskiem poza Paryż. Gdy byłam już u sióstr dominikanek często do mnie przychodził. W klasztorze lubiłam się uczyć, bawić i modlić. Było nas tam dużo dziewcząt z ważnych rodzin w mieście, więc na brak towarzystwa nie narzekałam, choć byłam bardziej skłonna do samotności. Wolałam czytać książki, rozmyślać, modlić się, malować obrazy religijne. Bóg był dla mnie ważny, zastępował mi ojca i matkę. Jeszcze trudniej mi było po śmierci ojca. Wtedy musiałam zamieszkać na ubogiej pensji i uczyć się fizycznych prac, potrzebnych do prowadzenia gospodarstwa domowego. Dorastałam, a moje wrażliwe serce tęskniło za miłością i szukało swego miejsca w życiu. Stwierdziłam, że nie warto angażować się w ludzi, chciałam całą siebie oddać Bogu i zostać siostrą kapucynką. Miałam jednak zbyt słabe zdrowie by sprostać zadaniom zakonnym, dlatego wydano mnie za mąż…
 
 
Robert 

Dołączył: 31 Lipca 2010
Skąd: Kozia Wólka
Wysłany: 2010-08-01, 14:09   

Co to znaczy „wydano mnie za mąż”? Ślub bierze się z własnej woli. Ale najpierw trzeba się zakochać, poznać tę drugą osobę, ustalić wspólne plany na dalsze życie, zobaczyć czy się do siebie pasuje… Jak można kogoś na siłę wydać za mąż i unieszczęśliwić go do końca życia??? Całe szczęście, że te czasy już minęły!
 
 
Magda 



Dołączyła: 1 Sierpnia 2010
Skąd: Zabierzów
Wysłany: 2010-08-01, 14:09   

A może dla tej dziewczyny, która nie miała własnego domu i nie zaznała rodzinnej miłości, to było najlepsze rozwiązanie? Będzie mogła założyć swoją rodzinę, czuć się u siebie, kochać i być kochaną. Na pewno miłość męża da jej poczucie bezpieczeństwa i oparcia, a jeżeli na świat przyjdą dzieci, ona sama będzie mogła realizować się w czułej miłości macierzyńskiej.
 
 
Michał 



Dołączył: 28 Lipca 2010
Skąd: Łódź
Wysłany: 2010-08-01, 14:09   

Tak to miało być, jak napisała Magda. Wierzyła w to dalsza rodzina Ludwiki i chyba ona sama. Małżeństwo zawarła w styczniu 1613 r. z Antonim le Gras, a już 19 października urodził im się syn Michał. Pierwsze lata wspólnego życia zapowiadały się szczęśliwie. Niestety mąż stracił majątek, a potem ciężko się rozchorował. Dla Ludwiki zaczął się czas wielkiego kryzysu. Ciekawe, jak ona to przeżywała i jak z niego wyszła?
 
 
Ludwika de Marillac 


Dołączyła: 30 Lipca 2010
Skąd: Niebo
Wysłany: 2010-08-01, 14:09   

Choroba mojego męża trwała cztery lata i powodowała, iż mąż stał się bardzo irytujący i trudny dla otoczenia. Odczytałam to jako karę za niedochowanie wierności ślubowi zostania kapucynką. Zaczęła dręczyć mnie pokusa, by opuścić męża i wypełnić dawny ślub. Następnie pragnęłam złożyć ślub zostania wdową, na wypadek śmierci męża. Od Wniebowstąpienia do Zesłania Ducha Świętego 1623 r. ogarnęła mnie noc, która dręczyła pytaniami: 1.Czy powinnam opuścić męża? 2.Czy nie jestem zbyt przywiązana do kierownika ? 3.Czy dusza ludzka jest nieśmiertelna? Noc ducha trwała do Zielonych Świąt, wtedy to otrzymałam od Ducha Świętego „ Światło”, które mi wszystko wyjaśniło i przyniosło ulgę, pokazując, że: 1.powinnam wytrwać przy mężu, a w przyszłości złożę ślub ubóstwa, czystości i posłuszeństwa z innymi osobami, z którymi będę się opiekować bliźnimi; 2.zobaczyłam kierownika , którego przydzielił mi sam Bóg, a którego nie znałam, odczułam do niego niechęć, ale wyraziłam zgodę; 3.rozterka o nieśmiertelności duszy rozwiała się sama, gdy zrozumiałam, że to, co teraz otrzymał dał mi sam Bóg. Po tej łasce wytrwałam przy mężu, aż do chwili jego śmierci 21 grudnia 1625 r., choć nie było to takie proste.
 
 
Krzysiek 
Krzysiek


Dołączył: 1 Sierpnia 2010
Skąd: Poręba Wielka
Wysłany: 2010-05-26, 22:39   

Bóg potrafi wszystko rozświetlić i wyjaśnić, nawet w ostatniej chwili. Jednak łaska łaską, a życie codzienne życiem. Jak Ludwika radziła sobie dalej, skoro nie miała pieniędzy, sama musiała się zajmować trudnym synem Michałem, a do tego przeczuwała, że Bóg ma wobec niej jeszcze specjalne plany w życiu?
 
 
Anka 
Anka
>

Dołączyła: 27 Lut 2010
Skąd: Janówka
Wysłany: 2010-05-26, 22:39   

Gdybym ja miała podobne problemy, to pomocy finansowej szukałabym u rodziny lub u państwa, natomiast duchowej pomocy związanej z planami Boga względem mnie szukałabym w Kościele. Jak nie jeden ksiądz, to drugi na pewno by pomógł. Jak nie od razu, to po jakimś czasie. Po prostu trzeba się modlić i prosić Boga o światło, a jednocześnie słuchać rad przedstawicieli Kościoła…
 
 
Krzysiek 
Krzysiek


Dołączył: 27 Lut 2010
Skąd: Poręba Wielka
Wysłany: 2010-05-26, 22:39   

Ty masz jakieś stare zasady ślepego słuchania księży. No, a z drugiej strony, co ona miała zrobić, aby w swym skomplikowanym wnętrzu odnaleźć Wolę Bożą względem niej samej?
 
 
Administrator 
Michał


Dołączył: 28 Lipca 2010
Skąd: Łódź
Wysłany: 2010-05-26, 22:39   

Wiem z książki, że Ludwika spotkała się z zapowiedzianym jej przez Boga kierownikiem ks. Wincentym a Paulo i on bardzo jej pomógł. Najpierw przez cztery pierwsze lata współpracy dał jej czas dla niej samej, aby czytała, modliła się i u Boga szukała dalszej drogi. Potem pragnąc ją wyrwać z jej skupiania się na samej sobie, zaproponował jej wizytacje Bractw Miłosierdzia, które on zakładał wcześniej na miejscach, gdzie głosił misje. Ponieważ siły bractw nie starczały, aby obsłużyć dobrze ubogich, Ludwika razem z ks. Wincentym założyli 29 listopada 1633r. Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia, dla posługi najbardziej potrzebującym. Odtąd Ludwika podjęła misję wychowywania nowych sióstr i troszczenia się o ich wspólnoty, domy i ubogich, którym służyły. Jej współpraca z ks. Wincentym trwała do końca życia, razem zrobili wiele dobrego na rzecz ubogich, nawet zmarli w jednym roku i dlatego obecnie obchodzimy jubileusz 350 lat od chwili ich śmierci. Ciekawy jestem, jak sama Ludwika de Marillac, która została kanonizowana 11 marca 1934r., ocenia swoje życie? Które z jego etapów było najtrudniejsze, a które najbardziej owocne? Jak udało się jej, mimo tak trudnych początków i niełatwego życia, osiągnąć świętość? A może jej historia może nauczyć też czegoś nas, młodych ludzi XXI wieku?
 
 
Ludwika de Marillac 
Ludwika de Marillac


Dołączyła: 30 Lipca 2010
Skąd: Niebo
Wysłany: 2010-05-26, 22:39   

Myślę, że Bóg nigdy nie daje człowiekowi krzyża cięższego, niż jest wstanie udźwignąć. A trudności często hartują człowieka i uzdalniają go do pokonywania następnych…
Moje dzieciństwo i młodość były naprawdę trudne. Brakowało mi ludzkiej miłości i oparcia, ale wtedy szukałam pomocy u Boga i to On dodawał mi sił i przekonania, że jestem kochana.
Dziś również wiele dzieci i ludzi młodych czuje się niechcianych, niekochanych, opuszczonych przez swoich rodziców, ale to nie przesądza o ich przyszłości, a Bóg Ojciec zapewnia ich, że choćby opuścili cię ojciec twój i matka, Ja cię nie opuszczę…
Miałam nadzieję, że okres małżeństwa i macierzyństwa zaspokoi mój głód ludzkiej miłości. Mąż szybko odszedł z tej ziemi, a jego choroba wpędziła mnie w kryzys, natomiast syn Michał powiększał mi swoim zachowaniem cierpienie do końca mojego życia. Wtedy również u Boga znalazłam światło i moc…
Obecnie również wielu młodych szuka zaspokojenia swego głodu miłości w ludzkich związkach. Coraz rzadziej zadawalają ich one do końca życia. Kolejne relacje też się rozpadają, a wewnątrz pozostaje pustka i poczucie bycia oszukanym i osamotnionym. Ludzkie szczęście jest możliwe, ale budowane razem z Bogiem, a nie wbrew Niemu…
Ostatni okres mojego życia, po śmierci męża w 1625r. był najdłuższy. Trwał aż 35 lat i to on był najowocniejszy. W ludzkich wymiarach, dzięki mojemu kierownikowi przestałam się skupiać na sobie, a zaczęłam się troszczyć o ludzi ubogich, o wiele bardziej pokrzywdzonych przez życie niż ja. Bardzo ważne było dla mnie to, że w tej posłudze odnalazłam Wolę Boga – zadanie, które On dla mnie przygotował, a wewnętrzny pokój dało mi potwierdzenie tego przez przedstawiciela Kościoła, ks. Wincentego.
Aby być szczęśliwym trzeba więcej dawać niż brać. Współcześni ludzie są nastawieni zbyt konsumpcyjnie, skupieni na sobie, dlatego często są niezadowoleni i smutni. A warto, słuchając Boga, iść miłować bliźnich, zwłaszcza tych najbardziej opuszczonych , wtedy człowiek czuje się potrzebny i spełniony.
 
 
Bibliografia

Calvet J., Święta Ludwika de Marillac. Autoportret., Kraków 1993.
Douaihy A.K., Rekolekcje z Ludwiką de Marillac, Kraków 2002.
Gonthier J., Ludwika de Marillac i Wincenty a Paulo. Promieniowanie wyobraźni miłosierdzia, t. I , II, III, Kraków 2003- 2005.
Martinez B., Ludwika de Marillac (w: ) Słownik duchowości wincentyńskiej, t. I, Kraków 1997.
s. Urszula Kosicka SM